Jak odkryłam, że mam neurodywersyjność podczas samotnej podróży
Bycie niezdiagnozowaną osobą o odmienności neurologicznej, podróżującą samotnie, sprawiało, że czułam się, jakbym odkrywała inną planetę niż moi rówieśnicy. Możemy kierować się tą samą mapą i dotrzeć do tych samych zabytków, ale każdy podróżnik ma zupełnie inną trasę. Moja zaczęła się w wieku 27 lat, kiedy zarezerwowałam lot w jedną stronę do Tokio. Podobnie jak wielu innych przede mną, wybrałam tę nieoczekiwaną ścieżkę, bo już wtedy czułam się zagubiona. Prawda jest taka, że choć dorastałam z depresją – co jest częstym zjawiskiem wśród dzieci z neurodiversją – to nadzieja zawsze napędzała mnie do działania. Wierzyłam, że znajdę pracę i dom oraz poczuję, że gdzieś pasuję. Ale oczywiście sprawy nie potoczyły się zgodnie z planem. I właśnie dlatego piszę to z łóżka w niedrogim hostelu w Malezji, a nie z biura w Wielkiej Brytanii.
Prawda jest taka, że kiedy nadzieja zanika, może to być niebezpieczne. Nikt ci nie mówi, że depresja trwa dziesiątki lat, a nie miesiące. Nie mogłam znieść myśli, że potrwa to całe życie. A z moimi niewidocznymi, niezdiagnozowanymi problemami nie miałam pojęcia, jakich środków potrzebuję, by się wyleczyć. Kiedy więc nowa praca tymczasowa, mnóstwo nadgodzin i cała masa przywilejów pozwoliły mi zaoszczędzić na samotną podróż, musiałam zaryzykować. Nadzieja powróciła; kiedy wsiadałam do samolotu, czułam się nawet, jakbym ratowała własne życie.
Podróżowanie w pojedynkę będzie najlepszą przygodą w twoim życiu, prawda?
Każdy blog o samotnych podróżach, który przeczytałam, przygotowując się do samotnej podróży, mówił mi to samo: poznasz nowych przyjaciół, przeżyjesz niesamowitą przygodę, będziesz się świetnie bawić i dowiesz się czegoś nowego o sobie. Ale co się dzieje, gdy zdajesz sobie sprawę, że twoje doświadczenie różni się od tego, o czym piszą inni samotni podróżnicy? Chociaż rzeczywiście dowiedziałam się czegoś nowego o sobie, nie była to do końca ta inspirująca lekcja, którą mi obiecano. Przynajmniej nie na początku. Czasami uwielbiałam wyzwania związane z podróżowaniem w pojedynkę. Plecak może służyć za wspaniały strój i jest wyraźnym znakiem, że należysz do ekscytującej społeczności. Na początku udawanie, że się dopasowuję, było łatwe. Ciąg powtarzających się interakcji – „Cześć, skąd jesteś? Jak długo podróżujesz?” – był męczący, ale przynajmniej te przewidywalne rozmowy były łatwe.
Jednak organizacja związana z podróżą i ciągłe nadmierne pobudzenie zmysłów były dla mnie przytłaczające. Ciągle odczuwałam niepokój, prawie nie spałam, a czasami przez całe dni nie mogłam wstać z łóżka w hostelu, bo byłam kompletnie wyczerpana. Szczerze mówiąc, zakładałam, że wszyscy czują się samotni, wyczerpani ciągłym poznawaniem nowych ludzi i pragną prawdziwych relacji, w których mogliby po prostu być sobą. Im dłużej podróżuję samotnie, tym trudniej mi to przychodzi. W rzeczywistości wciąż potrafię spędzić całe dni bez rozmowy z innym człowiekiem (mój rekord to 33 dni), nawet jeśli otaczają mnie inni podróżnicy. Czasami podróżowanie po prostu wydaje mi się wtedy łatwiejsze do zniesienia.
Z drugiej strony zaczęły mnie frustrować skutki niemożności jazdy na rowerze czy prowadzenia samochodu. Często nie mogłam brać udziału w różnych zajęciach tylko dlatego, że nie mogłam się przemieszczać. Ponadto orientowanie się w nowych miejscach (znalezienie drogi) oraz nowe umiejętności motoryczne związane z podróżowaniem były wyczerpujące. Wtedy nie przywiązywałam do tego zbytniej wagi, ale „proste” czynności, takie jak pakowanie i rozpakowywanie, są zaskakująco męczące, gdy zawsze miało się trudności z zapinaniem guzików. Najbardziej samotną częścią samotnego podróżowania nie była nawet samotność – było to niepokojące uczucie, że robię coś źle. Albo, co gorsza, że coś jest ze mną nie tak. Szukałam podobnych historii innych osób podróżujących samotnie, ale trudno mi było utożsamić się z ich doświadczeniami. Oczywiście, wszyscy mówili o złych dniach, ale te anegdoty szły w parze z postami o tym, „jak nawiązywać przyjaźnie” i o tym, jak bardzo czuli się silni. Podczas tych długich, pełnych niepokoju nocy spędzonych w samotności często marzyłam, bym mogła oddać przywilej podróżowania komuś bardziej podobnemu do nich – komuś, kto by to polubił. Jaką miałam nadzieję, skoro nie potrafiłam czerpać radości z robienia najfajniejszej rzeczy na świecie?
Lockdown dał mi przestrzeń do oddechu, przemyśleń i postawienia diagnozy.

Gdyby to był zwykły artykuł podróżniczy, pisałabym z zachwytem o nieziemskich miejscach, które odwiedziłam. Bez wątpienia jestem niesamowicie wdzięczna, że mogę mieszkać i pracować za granicą. Moja młodsza wersja nigdy nie uwierzyłaby, że byłam w prawie 30 krajach. Ale to prawdziwe błogosławieństwo, że pisałam w sieci szczerze o tym, jak się czułam. Chciałam zapewnić wszystkich, którzy przechodzą przez to samo, że nie są sami – chciałam dać im kogoś, z kim mogliby się utożsamić. I rzeczywiście, ktoś się z tym utożsamił. Na podstawie tego, jak opisałam funkcjonowanie mojego umysłu, założyli, że mam ADHD – tak jak oni. Kilka miesięcy później kolejna osoba z grona moich obserwujących powiedziała mi to samo. Podejrzewałam to już wiele lat wcześniej, ale – jak to bywa w przypadku ADHD – brakowało mi motywacji, by cokolwiek z tym zrobić. Teraz nie miałam już żadnych wątpliwości, że mieli rację.
W 2020 roku przyjechałam do Nowej Zelandii pięć dni po zamknięciu granic, nie znając nikogo w tym kraju. Mając pełnoetatową, ale łatwą pracę tymczasową (na której wciąż z trudem się koncentrowałam) i mnóstwo czasu na przemyślenia, umówiłam się na wizytę online u psychiatry w sprawie ADHD i depresji. Podczas wizyty mój umysł był tak zajęty, że nie mogłam nawet skupić się na tym, co mi zdiagnozowała – musiałam poczekać, aż odebrałam receptę z apteki, żeby się dowiedzieć! To chyba najbardziej typowy dla ADHD sposób na uzyskanie diagnozy ADHD. Ogarnęło mnie uczucie ulgi i rozczarowania, a także smutek z powodu wszystkich straconych szans i oczekiwania na przyszłość. Oczywiście ta diagnoza nie dała odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Miałam przyjaciół z ADHD, którzy byli duszą towarzystwa, a ja wciąż nie wiedziałam, dlaczego nie potrafię jeździć na rowerze ani prowadzić samochodu, dlaczego nigdy nie umiałam zaplatać warkoczy, pstrykać palcami i mam trudności z zapinaniem guzików.
Jeśli wiesz coś o zaburzeniach neurorozwojowych, to już wiesz, że opisuję dyspraksję – schorzenie wpływające na zdolności motoryczne i koordynację. Dorosły, który nie potrafi prowadzić samochodu ani jeździć na rowerze, może wydawać się niezwykły, ale w kontekście dyspraksji zdałam sobie sprawę, że byłam całkowicie normalna. Skoro mowa o byciu normalnym, to stereotypowe wyobrażenie o ADHD to droga od „dobrych wyników w szkole” do „błąkania się wyczerpanego, bez kariery i stabilizacji”. Po całym życiu spędzonym na próbach dopasowania się, które kończyły się tak fatalnie, że ludzie myśleli, iż celowo się dziwacznie zachowuję (fuj), bycie normalną było niesamowicie przyjemne. Oczywiście kolejnym krokiem jest duma z tego, co mnie wyróżnia. Ale dopasowanie się to piękny punkt wyjścia.
Jak odkrycie, że jestem osobą o odmiennej funkcjonowości neurologicznej, zmieniło sposób, w jaki podróżuję… na lepsze!

Zanim otrzymałam diagnozę, ustalałam swoje oczekiwania wobec podróży na podstawie tego, co mówili podróżnicy neurotypowi. I nie zrozumcie mnie źle – przeczytałam mnóstwo świetnych porad, które dodawały mi otuchy i były dla mnie wskazówką. Kobiety podróżujące samotnie nieświadomie pomagały mi się pakować, planować trasy i dbać o bezpieczeństwo. Porady dotyczące podróży były fantastyczne. Tylko te dotyczące samotnych podróży nie do końca do mnie pasowały. Głębsze zrozumienie mojego stanu pomogło mi zdać sobie sprawę, że muszę podróżować samotnie w inny sposób. I szczerze mówiąc? Czasami jest to rozczarowujące. Gdybym mogła wybrać własną historię podróży, chciałabym być fantastyczną, zabawną i żądną przygód podróżniczką, która inspiruje inne kobiety do podróży dzięki niesamowitym przeżyciom i nieustannie próbuje nowych rzeczy. Nikt nie chce być blogerką podróżniczą, która musi mówić: „Hej, właściwie to mam depresję. Nie czerpię z tego radości”. Nie da się pisać inspirujących wpisów o wszystkich sytuacjach, w których rezygnowałam z atrakcji, bo utknęłam w łóżku. Jednak w większości przypadków pogodziłam się z tym. W końcu, niezależnie od tego, czy masz zaburzenia neurorozwojowe, czy nie, Twoje zdrowie psychiczne powinno zawsze być na pierwszym miejscu. Nie możesz zdecydować, że na wakacje nie zabierzesz ze sobą depresji ani zaburzeń neurorozwojowych. Nie możesz udawać kogoś, kim nie jesteś, ale możesz znaleźć sposoby na dostosowanie się do swoich potrzeb, aby podróż stała się szczęśliwszym i spokojniejszym doświadczeniem. I może pewnego dnia będę mogła pomóc innym podróżnikom, którzy są tacy jak ja. Mogę im uświadomić, że nie są sami.
Oto kilka rzeczy, które pomagają mi cieszyć się samotnymi podróżami jako osoba z neurodywersją:

- Powolne podróżowanie. Dłuższy pobyt w jednym miejscu oznacza mniej pakowania, przemieszczania się i organizowania. A i tak można wybierać się na jednodniowe wycieczki i krótkie wypady. Dłuższy pobyt w jednym miejscu ułatwia też nawiązywanie przyjaźni.
- Skupiam się na moich szczególnych zainteresowaniach, na przykład odwiedzam miejsca związane z książką lub filmem, które uwielbiam, albo spędzam czas ze zwierzętami. Pięciomiesięczny wolontariat w schronisku dla zwierząt, a następnie opieka nad zwierzętami pomogły mi znaleźć zarówno cel, jak i poczucie więzi podczas podróży. Na szczęście zwierzęta też nie przepadają za pogawędkami. 🙂
- Posiadanie rutyny – może to być coś tak prostego, jak spokojny poranek przy dobrej kawie lub wczesny powrót do hotelu, by się zrelaksować i obejrzeć filmy. Teraz, gdy pracuję zdalnie, znacznie łatwiej jest mi trzymać się rutyny, więc praca jest dziwnie kojąca.
- Bycie szczerą wobec siebie. Jeśli jest coś, co naprawdę chcę zrobić, ale sama myśl o tym mnie stresuje, zadaję sobie pytanie – czy to jest tego warte? Nadal będę się zmuszać do próbowania nowych rzeczy, ale nie wtedy, gdy wysiłek ten sprawia, że fizycznie źle się czuję.
- W tym kontekście czasami drobne zajęcia są lepsze niż wielkie wycieczki: długi spacer na łonie natury, kawa w lokalnej kawiarni, wizyta w lokalnym muzeum, a nawet po prostu pozostanie w domu i czytanie książki. Będę więc robić to, co sprawi, że poczuję się spokojna i szczęśliwa, a nie to, co moim zdaniem powinna robić „blogerka podróżnicza”. (A co najważniejsze, dzięki temu mam energię na rzeczy, które NAPRAWDĘ chcę robić!)
- Słuchanie historii innych ludzi. Śledzenie twórców o różnej neurodywersji było dla mnie ogromnym pocieszeniem i źródłem wiedzy. Poznawanie tego, jak działa mój mózg – zamiast polegania wyłącznie na poradach osób neurotypowych – pomaga mi lepiej planować podróże w oparciu o moje potrzeby. Dowiedziałam się też o moich przywilejach w tej społeczności, która często skupia się na doświadczeniach białych mężczyzn i kobiet.
Chociaż samotne podróże nie zawsze były łatwą drogą, nie żałuję, że ją wybrałam. Być może nie znalazłam jeszcze domu ani „miejsca, do którego należę”, o którym zawsze marzyłam. Ale kiedy to zrobię, spojrzę wstecz na lata spędzone na samotnych podróżach i będę wiedzieć, że pomogły mi one odnaleźć moje miejsce w świecie.
Tymczasem zmierzam ku nieznanej przyszłości i uczę się godzić się z samą sobą oraz z tą podróżą. A co najważniejsze, po drodze czeka na mnie mnóstwo niesamowitych widoków.